piątek, 26 lutego 2016

Życie na osiem psiaków i imieniny Mirosława




Życie na osiem psiaków taki tytuł od 28 września 2015 roku powinien mieć ten blog, ale nie przewidzieliśmy takiej liczby naszych podopiecznych. Do tego trzeba dodać dwa koty i gołębia oraz siedem kur. Nie liczę chmary wróbli, czyhającego za dachami stodoły i wierzchołkami pobliskich drzew jastrzębia oraz licznych myszy, przemakających pomiędzy zabudowaniami, być zniknąć nam i naszym psom z oczu….
Imieniny czy nie – obowiązki gospodarza i przewodnika stada trzeba wykonywać. Karmienie naszych podopiecznych jest miłym obowiązkiem. Rano rzucam ziarno ptakom i zawożę, przecież niecodzienne, pokarm dla kowalskich kociaków: Norka i Żbika. Wieczorem karmimy (ja i Małgosia) nasze psiaki, wymieniam je sprawiedliwie kolejności alfabetycznej. Są to:
1.       Borys,
2.       Czaruś ,
3.       Elziczka,
4.       Pomponia (tak ją wabię ja, bo nazywano ją Pomponem),
5.       Pusia,
6.       Pysia,
7.       Sabina,
8.       Zoja.
Mieliśmy zamiar odgrodzić wejście do domu, by nasze psiaki miały więcej swobody poruszania się, ale … M. wstawił już nam nawet przed domem dwa główne słupki do małego przegrodzenia ozdobił piękną furtkę, Ta mała inwestycja w odgrodzenie miała nam ułatwić koegzystencję z naszymi ośmioma psiakami. Niestety …
Noc jest ciepła. Niebo lekko zachmurzone i tylko gdzieniegdzie przebłyskują pomiędzy chmurkami nieliczne gwiazdy i na chwilę pojawia się księżyc. Powietrze wilgotne kujawski wiatr ucichł i litościwie owiewa nam czoła i skronie.  Za łąkami słychać od czasu do czasu klangor przelatujących nad Wilkopolską dzikich gęsi.
Życzę Państwu dobrej i spokojnej nocy!

niedziela, 21 lutego 2016

Ja Pysia wam to mówię (opowieść 4)



Pysia: Ja Pysia wam to mówię. To była dobra i spokojna niedziela. Pani i Pan nigdzie nie wjeżdżali. Wychodzili tylko do czasu do czasu na podwórze i chodzili po domu. Pani powiedziała, że musi odpocząć i do końca wyzdrowieć, bo nadal męczy ją kaszel i trochę boli głowa. Mówi, że to zatoki, ale je nie wiem, czy to ma coś wspólnego z wielką, pulsującą wodą, która oni nazywają morzem albo Bałtykiem. Kiedyś, jak Pan wyszedł ze mną na podwórku w środku nocy, wiał zimny i silny wiatr (grał na szczeblach metalowej bramy), Pan powiedział, że to są nasze podwórkowe organy i że tak dmucha wiatr znad morza. Takie słowa słyszę z kolorowego, gadającego okienka. Na ten przykład: Szczęść Boże! Tu, Aneta Styczka. Przedstawię Państwu prognozę pogody. Będzie wiał silny watr od morza aż do Tatr… Dokładanie już nie pamiętam, ale ta Pani w tym pulsującym okienku coś podobnego gadała…
Po obiedzie moja Pani nagle powiedziała, że jest zmęczona, choć na taką nie wyglądała, i musi się położyć. Dziwnie się do Pana uśmiechała, a mnie poprosiła do dużego gabinetu Pana, który jest w lewym skrzydle domu. Dość długo tam sobie spokojnie leżałam i patrzyłam na książki Pana. Jest ich coraz więcej. Pan je ciągle skądś przywozi. Mówi, że z Kowala …
Już się robiło ciemno, gdy Pan przyszedł po mnie i zaprosił do kuchni i salonu. Pani była radosna, a twarz jej jaśniała młodością… Dziwne, przecież tyle czasu mnie nie widziała …
Haau, hau, hau … Zaszczekałam radośnie. Pani zaczęłam mnie głaskać po łebku i mówiła do mnie:
- Pysunia, ach, Pysunia! Ty jesteś najmądrzejsza i najpiękniejsza …
To ja się wtedy przestałam na nią dąsać. Podeszłam też do Pana i podstawiłam mu łepek do głaskania. Pan też był w dobrym humorze! Pogłaskał mnie i podał mi kawałek pysznej golonki do posmakowania. Lubię niedziele …

piątek, 19 lutego 2016

Widziane z Pomorza i z Kujaw


Opiekujemy się sobą nawzajem i naszymi zwierzakami i ptakami. Mamy od pewnego czasu dwa gołębie: Pocztusia i Gołębiczkę. Znowu nad nami przeleciał klucz dzikich gęsi. To miejsce, wokół życzliwi ludzi, którym mi jesteśmy potrzebni i którzy są nam potrzebni. Powracam znowu do czasu dzieciństwa w Lnianku i w Lnianie. Otwierają się oczy wyobraźni i „filmy” pamięci. Patrząc na piękną okolicę Wilkowiska, często powracam pamięcią do krainy dzieciństwa. Dobrze to oddaje wiersz, jaki napisałem dawno, dawno temu:

Mirosław Antoni Glazik (M.A.G.)

PEJZAŻ DZIECIŃSTWA


uboga architekturo smutnego dzieciństwa
obecny w pamięci czarny półksiężyc lasu
kilka domów z czerwonej cegły
piętrowa szkoła
struga co wieś dzieli tylko symbolicznie
wysoki komin gorzelni w turbanie
z bocianiego gniazda banalny biały pałac
spichlerz
uboga architekturo smutnego dzieciństwa
olchy o zimnym cieniu nad strugą
strzegące snu wiejskiego urwisa
bukiety stokrotek które w nurt brązowo-żółty
rzucałem s patrzyłem jak odpływają
nie wiadomo dokąd
bez wkładany w dzwonki rowerów
próżniacze chwile na piaszczystym pagórku
dołki wydmuchiwana aby znaleźć diabełka
owe zmierzchy podrażnione dzwonem żałobnym
krowy ciężko do obór idące
psy niesforne
lęk wieczorny
pacierz pełen dziecinnej powagi
zabobonne ciemności pokoju
najpiękniejsza najsmutniejsza
ziemio ojczysta

poniedziałek, 15 lutego 2016

Pamięć chwili



Dzisiaj poniedziałek przeznaczony na załatwianie różnych spraw. Przed południem pojechałem do Kowala. Kot Norek jak zwykle łasił się i próbował uciec, a drugi kocur Żbiczek sobie spał. Ja przeglądałem książki na półkach, aby znaleźć te najbardziej potrzebne  do wykładów, jakie w tym tygodniu rozpoczynam. W tym semestrze poprowadzę je inaczej niż dotychczas. Gdy powróciłem do Wilkowiska, przypomniałem sobie wiersz, który jest poetyckim zapisem chwili nad jeziorem, ale sprzed kilkunastu lat.

Mirosław Antoni Glazik (M.A.G.)

Nad Jeziorem Lubiechowskim


Andrzejowi Głuszakowi

Cienie drzewa piasek wilgotny patrzą
na nas Widzą chłopaków na brzegu
i Małgosię pochyloną nad taflą wody
z rączką zanurzoną w lodowatości
by znaleźć muszelkę kruchą i anemiczną
Wchodzisz na dziurawy pomost
precyzyjne oko kamery wchłania
ruchy i słowa Czego szukamy?
Ciszy? Chwili zapomnienia?
Mgnienia wieczności? Łabędzie
dostojnie płyną Perkoz lustruje toń 

 
Perkoz dwuczuby

 













jakiś dziwny ptasi śpiew rozrywa powietrze
smukły Kamilek i moja twarda
nieco przygarbiona postać
Kamilku? Krzysiu? Gdzie jesteście?
to wołanie Pozostanie między lasem
a jeziorem Synowie się od nas oddalą
Córka jest bliżej będziemy w ruchu
na wąskiej taśmie video z głosem
w kolorze przed progiem wieczności
Dusza nie rozpoznana w pełni odleci
i być może usiądzie
na Łaskawej Dłoni Pana
Przestworzy i Władcy Nieśmiertelności

To cud że idę brzegiem jeziora
choć czułem już oddech Śmierci
w dłoni trzymam rączkę Córki
wdycham zapach wody i lasu
to cud że chodzę „w obecności Pańskiej
w krainie żyjących”

(Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego)




czwartek, 11 lutego 2016

W mojej obronie (Pysi opowieść 3)



Pysia: Ja Pysia wam to mówię.  (opowieść 3) Moje życie dziś wisiało na kawałku kociej sierści, a ocaliły je ramiona Pana. Było to tak. Jeszcze daleko było do świtu, bo kogut w kurniku odezwał się tylko raz, a ja musiałam wyjść na podwórze za potrzebą.  Słyszałam, jak Pani ochrypniętym głosem powiedziała do Pana, żeby nie wstawał i mnie nie wypuszczał, bo dużo byłam w dzień na podwórku, ale on, kiedykolwiek poproszę szczekaniem lub szczypnięciem w stopę, zawsze podnosi się z kanapy, nakłada na siebie kilka warstw wełny i śmieszną czapkę, a na szyi wiąże długi kawałek brązowego jak kocie futerko materiału tak, że wystają spod niego tylko jego ciemne błyszczące jak węgielki w kotłowni albo gwiazdeczki na niebie oczy, w które ja lubię patrzeć, gdy się nade mną pochyla.
Otóż! Pan mnie wyprowadził, poczekał chwilę, było ciepło i cicho, mnie się nie chciało wrócić do pokoju. Poleżałam sobie przy studni, bo Borysa nie wyszedł. Pewnie sobie on leży na słomie w stodole – pomyślałam i zrobiło mi się tak jakoś miło i przyjemnie, że sama tam też poszłam i sobie odpoczywałam.
Potem było słuchać gruchanie Pocztusia i gdakanie kur i pianie koguta, ale z kurnika. Trochę się o Panią i Pana martwię, bo wstrząsa nimi taki bolesny kaszel. Pan chyba zasnął.  Pan śpi pomyślałam, ale Licho nie śpi.
Nie spało…

Pan poszedł do domu, a ja sobie odpoczywałam na pachnącej słomie. Było cicho i spokojnie. Po kilkunastu pianiach naszego koguta, usłyszałam, że Pan wyszedł z domu. Wypuścił kury na wybieg przed kurnikiem. Poszedł po węgiel do stodoły. Słyszałam, jak bawi się z Borysem, który łasił się do Pana i przynosił mu pękniętą, pomarańczową piłkę. Nagle usłyszałam, że Pan wpuścił Elziczkę. Ooo!
 To chyba niezbyt dobrze! – pomyślałam, ale wiedziałem, że jak Pan jest na podwórku, to jestem bezpieczna. Po chwili jednak usłyszałam, że na plac przed domem wybiegła ze swojego pomieszczenia, z tego, gdzie Pani rąbie dla nas kości, też Zoja. Czyżby Pan zapomniał, że ja tu jestem?
– No nie!!! Muszę jak najszybciej wybiec ze stodoły, bo będzie bardzo niedobrze. – jak pomyślałam, tak zrobiłam.
Gdy znalazłem się na płaskiej stercie żwiru, zobaczyłam Pana idącego w kierunku domu, ale Zoja i Elza z podniesionym ogonami zaczęły biec w moim kierunku. Przyczaiłem się i pokazałam moje wszystkie zęby, ale one ominęły mnie i chciały mnie zaatakować od tyłu.
- Już po mnie! – pomyślałam i na ślepo zaczęłam się odgryzać.
Nagle poczułam, że Pan mnie osłaniał swoimi ramiona, krzyczał na Elzę i Zoję.
Nie wolno! Zostawcie ją! Nie rusz!– usłyszałam i ujrzałam Borysa, który podbiegł, by Panu pomoc. Borys nikomu nie zrobił nigdy krzywdy, ale poza mną i Czarusiem, potrafi nasze stado pogonić i obszczekać.
Byłam tak przerażona, że ugryzłam niechcący Pana dwa razy w rękę. Nie chciałam, ale ugryzłam …
Pan przeniósł mnie do domu. Z palca lewej ręki płynęła taka sama czerwona ciecz, jak z mojej skóry, gdy mnie pogryzły psy w schronisku.
Pani zaopiekowała się Panem, a potem mnie dokładnie obejrzała. Okazało się, że nie mam, żadnej rany. Tyko Pan ucierpiał, ale mnie uratował. Tak to było!