poniedziałek, 2 listopada 2015

Noc w lesie (Opowieść Dziadka Franciszka)



Wóz, ciągnięty przez Baśkę, wlókł się leśnymi drozynami  z Zalesia do Lnianka. Dziadek zakupił trzy prosiaczki. Chrząkały i popiskiwały od czasu do czasy w drewnianej klatce. Siedziałem na grubej derce obok Dziadzi i łasiłem się do jego ręki, prosząc o opowieść. Bałem się dzikich świń, które na pewno teraz wyruszały na żer z ciemnego boru na pola, a jeszcze bardziej wilczysk ogromnych i kudłatych.
- Frafrot z ciebie i tarach. Muszę uważać, bo Baśka nerwowa jest i boi się ciemnych krzaków, gotowa złamać dyszel albo zerwać się z orczyka.
- Dziadku. Opowiedz coś! Proszę!
- Ano był kiedyś w okolicy Gajowy nazywał się Rączka. Lubił polować na dzikie świnie. Jednej nocy narobiły one gburom wiele szkody…
Patrzyłem na chojniaki. Ciemniały one i zmieniały się to w chłopów w czarnych i złych, to w wiedźmy i leśne psotne chochliki. Wtuliłem się w grubą burkę, bo się robiło chłodno. Dziadek zapalił machorkę i gadał dalej:
- Rączka wziął do torby butlę arbaty, kilka pajd chleba i kawał wędzonej kiełbasy, flintę zarzucił na ramię i poszedł zaczaić się na te dzikie świnie. One chytre były. Zanim on flintę wyrychtował, wyniuchać go musiały, bo cała wataha ruszył prosto na Gajowego. Nie był on fujarą. Chwatki to był parobek i jeszcze niestary. Choć bez jednej ręki, to gibki to i zmyślny był knap. Wziął nogi za pas i co sił w płucach przed rozwścieczoną watahą umykał… Zdążył tylko wypalić w powietrze. Dziki się na chwilę zatrzymały. Wtedy Rączko jak wiewiórka wdrapał się na chojniak. Licho z nim było. Chojak był cienki, chłop z półtora cetnara, do świtu daleko… Ręka go bolała a one dzikie świnie ryły pomiędzy chojankami. Ani myślały pójść sobie gdzie pieprz rośnie… Gwiazdy świeciły świeczki na chojance, Księżyc patrzył z góry i pocieszał biedaka. Lulać mu się chciało i ze zmęczenia, i ze strachu.
- No i co dziadku. A strzelić do nich nie mógł. Czemu się do drzewa nie przywiązał i z flinty nie huknął?
- No jo. Na nieszczęście miał jedna rękę, jak rzekłem … Jakby zleciał na dół, zostałaby z niego ino kapuściónka. Jo, jo… Licho mu było. Do pierwszego kuraka nieprędko… Co robić… Zaczął głośno krzyczeć, bo czuł, iż z sił opada. Wioska daleko była. Za daleko.
Zapadła cisza. Baśka bała się coraz bardziej jałowców, zatrzymywała się. Dziadek schodził z wozu. Przeprowadzał ją za uzdę koło stracha leśnego, a dopiero potem ona drapem ciągnęła wóz do owsa i do swojego patyka w stajni.
- Co dalej Dziadku, no powiedz! Proszę!
- W tamtym czasie po okolicy łaził grajek. Na weselach przygrywał na starych skrzypkach… Dziadował. Wylegiwał się w stogach i stodołach. Czasami pachtował. Tamtej nocy po dzikich świniach chciał zebrać trochę kartofli i polazł na pole za lasem, co by go nikt nie wypatrzył. Głodny był… On to usłyszał przeraźliwe pokrzykiwanie i biadolenie Rączki.  Poleciał do wioski jak na skrzydłach. Chłopów pobudził. Oni chwycili haczki, grabie, widły, gafle, orczyki… Co kto miał pod ręką… Czapkować złemu nie chcieli… Chwatkie chłopy były …
Rączka jak ta zbyt dojrzałą glupka ledwo gałęzi się trzymał..  Zapalili lampy naftowe i pochodnie… Co sił, pędem do lasu pobiegli z tym grajkiem..  Krzyki i bałaganią o pomoc usłyszeli…. Dzikie świnie ludzi zobaczyły i usłyszały. Uciekły do swoich mateczników…. Gajowy powoli z chojaka zlazł. Ludziom się pokłonił. Grajka uściskał i do swojej chałupy zaprosił. Bezdzietny chłop był. Młodego grajka za swojego gzuba uznał. Tak skończyło się jego dziadowanie. Aże robotny był, z ciula stał się szanowanym gburem. Jo! Tak to była i tak to bywa.


Pamięci Dziadka Franciszka Tetzlaffa ze Lnianka



Wpłaty

Ideą strony jest bezpłatny dostęp do wszystkich zamieszczanych na blogu tekstów, zdjęc i filmów. Nie planuję żadnych ograniczeń dostępu ani żadnych opłat. Za prowadzenie tego bloga od stycznia 2015 roku nie otrzymuję żadnego wynagrodzenia.

Drodzy Czytelnicy! Jeśli chcielibyście dobrowolnie wesprzeć nasze psy i koty oraz nasze pisanie o nich oraz pomóc w kontynuacji i rozwoju strony – proszę o wpłaty na podane poniżej konta bankowe:

21 2490 0005 0000 4000 1959 6961  (ALIOR BANK)

lub przekaz pocztowy na podany niżej adres:
Mirosław Antoni Glazik                                                                              
ul. Kościuszki 1a/3
87 820 Kowal
woj. kujawsko-pomorskie
tel. 886 181 987
e-mail: mirglazik@wp.pl

Dziękuję za Wasze życzliwe wsparcie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz