niedziela, 21 sierpnia 2016

Wilk, psy i ludzie


Adolf Dygasiński "Wilk, psy i ludzie"

Wilk, psy i ludzie  opowiadanie Adolfa Dygasińskiego, reprezentujące nurt naturalizmu w polskiej literaturze pozytywistycznej, należy do moich ulubionych dzieł literackich. Opowiadanie zostało po raz pierwszy wydane w tomie Nowele (1883). Wydawnictwo Drukarnia Granowskiego i Sikorskiego Warszawa 1898
Jego akcja toczy się w końcu XIX wieku, w małej wsi w okolicach Narwi. Bohaterem jest wychowany przez człowieka wilk Buta. Wilczek został odnaleziony przez Wicka Sobonia – pasterza krów, i sprzedany narratorowi. Początkowo zwierzę wychowywało się z innymi psami. Jednak niechęć psów, a także uprzedzenia ludzi co do wilczej natury, wreszcie wypadek z zagryzioną indyczką spowodowały, że musiano oddać go do samotnej leśniczówki Izydora Wywiałkiewicza. Buta zaprzyjaźnił się z chłopcem "Laksandrem" (Aleksandrem). Wielka przyjaźń kończy się wraz ze śmiercią chłopca i wzruszającą sceną ratowania go przez wilka, który usiłował ogrzać go swym futrem. Od tej pory opuszczony Buta wędrował po lasach, by na końcu zginąć zabity przez chłopów, którzy zemścili się za zagryzionego prosiaka. Utwór kończy się słowami: „Zginął za to, że był głodny. Bo też zwykle z tej przyczyny walczy się i umiera na świecie. Ktoś zawsze jest głodny czegoś, aby... istniał”.
Młody chłopak, Wicek Soboń trafił któregoś dnia w lesie na małego wilczka. Wziął go ze sobą i chciał sprzedać. Szymon od razu poznał, że jest to młode wilkołaka. Jednakże kupił go nauczyciel ze wsi, który jest też narratorem tej opowieści. Wilczek rósł, jego pan nazwał go Buta, co po sanskrycku znaczyło „istota żywa”. Wilczek lubił bawić się z małymi pieskami, ale czym bardziej podrastał, tym stawał się bardziej agresywny wobec psów, gdyż taka była jego natura i po jakimś czasie wszystkie psy uciekały na jego widok.

Oto moje dwa  ulubione fragmenty opowieści, okazujące relacje wilka z psami (cytaty pochodzą z pierwodruku  tekstu literackiego, zachowałem bez zmian oryginalną pisownię):
„Wilczek mój wzrastał. Z początku był dosyć niedołężny, podobnie jak maleńkie szczenięta — stawiał nogi ociężale, często się przewracał, miał duży brzuch wypukły z obu boków, kudełki pomięte, puchowate i miękkie. Przezwałem go Buta, co znaczy po sanskrycku istota żywa (od pierwiastku bhu = być, istnieć, rosnąć, żyć.) Bez względu na legendarne swoje pochodzenie, lubił namiętnie igrać z maleńkiemi pieskami. — Zdaje się, że w tych najmłodszych chwilach życia nie miał w sobie poczucia różnicy gatunku; wilk i szczeniaki były wtedy jakoby jeden gatunek.”  (…)
„Mniej więcej suka zrozumiała, o co chodzi, jednak w imię swego psiego przesądu nie chciała się nigdy i za nic w świecie zgodzić, ażeby Buta w jej obecności igrał w wesołem towarzystwie niemowlęcego psiego pokolenia. Szanowałem w granicach mojej możliwości tradycyę na tym punkcie. Niechajże i psom wolno będzie mieć przesądy. Z drugiej strony nie chciałem się dopuszczać oszustwa względem matki własnych dzieci, więc też nigdy nie pozbawiałem ich samowolnie macierzyńskiego wpływu na edukacyę. Bo — myślałem sobie — przecież ona lepiej chyba odemnie potrafi wychować swoje psięta. Ale ilekroć Śpiewka oddaliła się od potomstwa, nie broniłem też szczeniętom i wilczkowi robić, co im się podobało.
 Jakkolwiek Buta był młodszy wiekiem od psów, jednak zęby i wogóle siły jego fizyczne, jako też inteligencya zwierzęca, organizowały się u niego widocznie wcześniej, aniżeli u kolegów i towarzyszów zabawy. Gdy się rozigrał, wpadał jakby w dziki szał i nielitościwie rozbijał wtedy psiaków. Kiedy już miał mniej więcej trzy miesiące wieku, wspólne zabawy stały się niepodobieństwem; wówczas psy same unikały igraszek, a jeśli sobie pozwoliły czasem swawolić z wilkiem, to niebawem zmuszone były uchodzić, skomląc i unosząc na skórze ślady jego zębów. Te zaś okoliczności wbijały im się w pamięć tak silnie, że w późniejszym czasie na widok Buty zmykały po kątach, tuląc pod siebie ogony.
 Nie lepsze uznanie zyskał sobie wilk i u innych psów, dojrzalszych w latach. I tak, ulubieniec mój, duży buldog duński, Jork, tolerował Butę jedynie przez wzgląd na jego poufałe ze mną stosunki. Inny znów wielki, biały pies węgierski, z rasy owczarskiej — nazwiskiem Milord, nie przeszedł nigdy około wilka bez pomrukiwania, warczenia, wyszczerzania zębów, rzucania piorunujących spojrzeń i tym podobnych oznak niezadowolenia, gniewu, oraz pogardy. Niepodobieństwem też było, aby w ważnej chwili spożywania darów bożych psy znajdowały się razem z wilkiem; zmuszony byłem unikać tego przezornie. Bo gdy się psy między sobą o kość pogryzą, to zawsze tylko swój swego pokaleczy, a potem się pogodzą; ale na wilka byłyby się one wszystkie jednozgodnie rzuciły i śmierć mu przedwczesną zgotowały.
 Wycieczki w pole i do lasu odbywały się specyalnie pod moim nadzorem i kierunkiem; w takich razach wilk szedł przywiązany na łańcuszku, psy używały wolności. Jeżeli zaś chciałem dać swobodę wilkowi, musiałem psy w domu uwięzić. Trudne to jest położenie kierownika i wychowawcy w takim stanie rzeczy!
 Skoro już Buta liczył jakie trzy kwartały wieku, wziąłem go był jednego dnia na przechadzkę razem z węgrzynem Milordem. Nałóg i wspólna dola istot coś jednak znaczą na tej naszej planecie. Do pewnego stopnia można się zżyć nawet z wrogiem. Na łące dałem wilkowi swobodę, co widząc Milord, przyskoczył skwapliwie, a pomerdując poważnie swoim bogatym ogonem, starannie na wszystkie strony obwąchał Butę; ten ostatni parę razy jakby uśmiechnął się fałszywie, podnosząc do góry czarne wargi przykrywające mu zęby; poczem puścili się oba w zawody na harce po polu. Gonitwa trwała długo; wilk pędził za psem, przesadzając śmiało rowy; obaj się zziajali, obaj wywiesili języki. Jeżeli Milord wietrzył co na ziemi, Buta przypadał do niego i także węszył. Chociaż nie mogłem zblizka obserwować, jak się to wszystko odbywało, wnoszę jednak, iż przy takiej to właśnie czynności tropienia i wietrzenia zaszło jakieś nieporozumienie między zwierzętami owymi. Nieporozumienie było grube. Usłyszałem tylko z jednej strony błagalny głos wilka, wołający o pomoc, kto w Boga wierzy, z drugiej — gniewny, imponujący krzyk Milorda. Pędzę, ile sił starczy przynosząc dla miłości zgody interwencję osoby, szpicrózgi ciętej oraz łańcuszka. Ujrzałem w trawie powalonego wznak Butę, pies zaś łapami przyciskał go potężnie do ziemi, zadając od czasu do czasu szarpiące razy. Wobec walki zachowałem się bardzo groźnie i piorunującym głosem wrzasnąłem na cywilizowanego tryumfatora: „Milord, do nogi!“ Pies, usłyszawszy nieubłagany głos kodeksu prawodawczego, natychmiast zdjął silne łapy z piersi przeciwnika i cały zapieniony, począł się cofać. Ale zaledwie popuścił ofiarę, gdy ta porwała się wściekle, a dopadłszy kudłatego karku wroga, zatopiła w nim wściekłe zęby. Z kolei pies upadł na ziemię wskutek natarczywej napaści, a zupełnego ze swej strony nieprzygotowania. Nie było się co namyślać; wprowadziłem w ruch bat, ten czynnik pokoju, i zadałem wilkowi kilka razów dotkliwych; lecz wnet się przekonałem, że są na świecie skóry wytrzymałe, na których kije się łamią. Zbliżam się tedy, chwytam Butę obiema rękami za uszy i na bok odciągam. Zaledwie rozjąłem dwóch zapaśników i, chcąc rozjuszonego wilka przykuć na łańcuchu, popuściłem jedną ręką, gdy oto Buta zajadle sięgnął paszczą do mego ramienia i zadał mi dotkliwą ranę. Prawdopodobnie był to odwet za ciosy wymierzone szpicrózgą. Moich usiłowań w interesie zgody wilk nie pojął tak jak pies i potraktował mnie niby wroga, przyczem uporczywie oponował przeciw zakuciu swojej szyi w łańcuch. Milord ciekawie, ale i niecierpliwie przyglądał się całej operacyi poskramiania wilka; zdawał się on oczekiwać skinienia mego, aby po żandarmsku wziąć za kołnierz dzikiego towarzysza. Sądziłem, iż nie wypada szczuć poczciwym psem także poczciwego, choć zuchwałego wilka. Sądziłem, że każde zwierzę, mające za szeląg rozumu, musi ostatecznie zrozumieć taką szczerą politykę i odpłacić za nią tą miarą przywiązania, na jaką zwierzę dane w danych warunkach zdobyć się jest zdolne. Zupełnie innego zdania trzymał się strzelec Szymon, który nietylko, że był zwolennikiem absoluti dominii, ale doradzał mi nawet dopuszczenie się haniebnego czynu: „Niech pan tę bestyę wypuści w pole i zaszczuje psami, nim dorośnie, bo z tego nigdy nie będzie pociechy.“ „Mój Szymonie — mówiłem mu — cóż wilk temu winien, że się wilkiem urodził i nie na naszą pociechę?“ Myśliwy wstrząsał ramionami, kiwał głową, przyczem uśmiechał się dosyć zarozumiale i lekceważąco.”



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz