sobota, 27 sierpnia 2016

Ja Pysia wam to mówię (opowieść 5)



Pysia przed domem w Naszym Wilkowisku.  
Foto: Mirosław Antoni Glazik (M.A.G.)

Pysia: Ja Pysia wam to mówię. To była ciekawa i hałaśliwa sobota. Po południu, gdy sobie spokojnie leżałam w cieniu na podwórku, nagle przed nasze siedlisko zajechał samochód. Tak, tak to byli goście. Już u nas nie tak dawno gościli. Pani Ewa i Pan Stanisław, i młoda Pani Agnieszka z córeczka Kasią. Ta Kasia to jest bardzo fajna… Ciągle jest w ruchu… Zupełnie jak ja, Elziczka i Czaruś… Ci goście to mnie lubią, głaszczą mnie po łebku, a Pani moja to mnie wychwala, mówiąc, że jestem mądra, cierpliwa i piękna. Hmmm. Nie zaprzeczam, bo nie mam czasu.
Czaruś to uciekł na drogę i poleciał do sąsiadów. Było to tak! Ta przemiła dziewczynka Kasia, chciał pójść z Panem do sadu coś nazrywać z drzew. Pan wziął plastikową skrzynkę a ona czarny przezroczysty talerz. Gdy wychodzili przez furtkę Czaruś szybko przemknął koło nóg Pana pognał, przed siebie, jak to robił w Michelinie lub w Wilkowisku. Czarusia lubili wszyscy. Pan pobiegł za nim, a za Panem wybiegła Kasia, a za Kasią jej dziadek, pan Stanisław. Było niebezpiecznie, bo asfaltową droga koło domu przejeżdżało kilka aut. Pan poprosił pana Stanisława, żeby przestawił samochód, a szybkonoga Kasia przyniosła Panu kluczyki od jego czarnego auta. Patrzyłam na to wszystko zza bramy i spoza płotu. Zastanawiałam się, czy Sabina nie przeskoczy płotu i nie pobiegnie za Panem, jak  to niedawno zrobiła. Jednakże nie! Pozostała w boksie. Po chwili Pan wrócił i z auta wyniósł Czarusia. Ten piesek to miły łobuz! Tak go nazywam, ale nic złego nie mam  na uwadze, bo On mnie zawsze bronił, gdy inne psy chciał mnie pogryźć. Jego nie można nie lubić. 


Czaruś  w Naszym Wilkowisku.
Foto: Mirosław Antoni Glazik (M.A.G.)

Było ciepło i słonecznie. Bardzo ciepło, także my wszystkie psy w stadzie, miałyśmy wywieszone jęzory. Tak trzeba. Czas mijał miło i przyjemnie. Kasia podchodziła kilka razy do trzepaka i prosiła gości, żeby popatrzyli, jak ona na nim wisi, robi przewrót i zeskakuje. Pan się uśmiechał do mnie i radośnie wołał:
- Pysiunia, och, Pysiunia! Chodź ze mną zobaczyć, jakie akrobacje robi Kasia.
Co to są te akrobacje? To wywijasy na trzepaku? Chyba tak! Muszę pomóc Panu rozpalić ogień, bo gospodarzowi już pomaga Czaruś. Nosi mu patyczki i rozdziera ząbkami kartki papieru. Pan wyjmuje z kieszeni takie pudełeczko i patyczek, który pociera o to pudełeczko i pojawia się niespodziewanie, coś, co ludzie nazywają ogniem … Jest to jasne, ruchliwe i parzy… A potem z tej miseczki na nóżkach zapełnionej papierkami, czarnymi bryłkami spalonego drewna i suchymi patyczkami ze stajenki wydziela się dym. Pan i ta sympatyczna Kasia dmuchali mocno w tę okrągłą czarną miseczkę na nóżkach i, rzeczywiście, zaczął się pojawiać dym i to, co ludzie nazywają ogniem. Wokół miseczki robiło się coraz cieplej i Pan powiedział do mnie i do Czarusia, żebyśmy się nie zbliżali do tego miejsca, a potem zamknął furtkę i pozostawił nas za małym płotkiem przed domem. Szkoda! Pani przyniosła pachnące świeżością kiełbaski, położyła je na drutach w tej miseczce, a potem wszyscy na podwórku czuliśmy ten miły zapach … Aż mnie coś kręci w nosku!!!
Haau, hau, hau … Zaszczekałam radośnie. Pani zaczęła mnie głaskać po łebku i mówiła do mnie:
- Pysiunia, ach, Pysiunia! Ty jesteś najmądrzejsza i najpiękniejsza … Chodź do nas! Zjadłbyś coś, Pysiunia! To ja się wtedy przestałam na nią dąsać. Podeszłam też do gości i podstawiałam im łepek do głaskania. Najbardziej to mnie lubi Pani Ewa. Tak! Dużo o mnie wypytywał Panią. Coś bym powiedziała od siebie, ale nie wypada się przecież chwalić.
Pan też był w dobrym humorze! Pogłaskał mnie i podał mi kawałek pysznej kiełbaski z tej dymiącej czarnej miski do posmakowania. Lubię takie sobotnie popołudnia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz