wtorek, 24 marca 2015

Czy Sabina Inez już się oswoiła z nami?



        Nasza sunia Sabina. Zdjęcie: Anna Davies Kowalczyk

           Dzień był ciepły, słoneczny, radośnie wiosenny. Zaczął się nam od nerwowego ranka. Konieczność wyjazdu do pracy, oblodzone szyby samochodu, szybkie tankowanie gazu do zbiornika w aucie już w drodze wywołały w nas stan podenerwowania. Jednak cały dzień byliśmy w dobrym i czułem kontakcie. Miłe są te wspólne powroty po południu do naszego domu także dlatego, iż wiemy, że one na nas czekają. Nasze psiaki: Baron Borys, Pysia, Lady Elza, Czekoladowy Czaruś (zwany też „Sprężynką” lub „Błyskawicą”) i nasze ostatnie przygarnięcie, czyli Sabina Inez. Jest u nas ósmy dzień. To mało i dużo zarazem, bo dopiero dzisiaj tak naprawdę dała się najpierw Małgosi, a potem mnie pogłaskać po głowie.
           Było to już po ich codziennym głównym nakarmieniu. Codzienne robimy to razem.  To jest nasz rytuał. Oprzątek i swoisty obrzęd. To część wielopłaszczyznowej i głębokiej więzi jak się między nami wytworzyła i jestem pewny, że Pan Bóg patrzy nas ze zrozumieniem i miłości. Głęboko wierzę, że Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym i Prawdziwą Miłością, bo umacnia to, co jest między ludźmi szczere i prawdziwe. Święty Franciszek zaś uprasza u Boga wiele Łask, dla tych, którzy troszczą się o zwierzęta. O koty i ksy, o chomika w terrarium, o rybki pływające w naszym małym stawie. 
          Wieczorem, gdy czworo naszych psiaków wkroczyło do salonu, Małgosia znowu pogłaskała po głowie Sabinę. Ta poddał się tej pieszczocie i wykonał charakterystyczny dla niej pokłon, ale już bez oddalenia się nawet na chwilę. Takie szczególne względy okazuje tylko Małgosi, bo mnie pozwala na ten akt akceptacji i oswojenia tylko na chwilę. Bardzo się jednak cieszymy, że po siedmiu dniach nastąpił przełom. Chyba udało się nam pokonać trudne, nieznane nam jej doświadczenia z ludźmi. To suka po przejściach, jak już wcześniej wspomniałem, prawdopodobnie była przez kogoś okrutnego bita i przywoływana ręką lub jakimś kijem, gdyż reaguje lękliwie na wyciągniecie dłoni nad jej głowę i ucieka, gdy widzi człowieka z kijem. Najpierw stała się częścią naszego stada, bo od razu wszystkie nasze psy ją zaakceptowały, a ona uznała Borysa za przywódcę naszej watahy.
         To był dobry, słoneczny dzień dla nas i naszych zwierząt.

Foto: Mirosław Antoni Glazik (M.A.G.)               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz