środa, 12 sierpnia 2015

Przeklętnik albo gawęda kryminalna o szalonym wilkołaku



 Michałowi Głuszakowi



Biada tym, którzy planują zło na swych łóżkach. Gdy nadejdzie poranek, wykonują je, bo jest ono w zasięgu ich możliwości. Czasami pożądają pól, więc przejmują je, gdy zapragną domów - to je zabierają; uzależniają od siebie nieroztropnych mężczyzn wraz z ich domami, pozbawiają człowieka jego dziedzictwa.

Przydarzyła się w naszej okolicy dziwna historia. W pobliżu wioski pod lasem mieszkał pewien człowiek. Lubił psy i alkohol. Podchodziła pod jego uboga chałupinkę sfora bezdomnych psów. Karmił je, a czasami, zwłaszcza podczas napadu niepohamowanej złości, przeklinał:

- Bodaj wam nogi połamało, kundle przebrzydłe! Darmozjady parszywe!


Wtedy bezdomne psiska oddalały się i wędrowały leśnymi sobie znanymi szlakami, żeby tylko upolować jakieś osłabione zwierzę: zająca, królika czy małą sarnę. Zdarzało się, że rozzuchwalona sfora pogoniła dzika na bagno, zagnała go w największy gąszcz. Gdy ugrzązł w bagnie, psy nienasycone męczyły go tak, długo, aż opadł z sił i po trochu go zjadały, męcząc straszliwie. Szykowali się na te bezdomne bestie myśliwi okoliczni, ale trochę im było szkoda drogich naboi na takiego zwierza, z której nie ma mięsa, ani pięknych skór. Przeto na gadaniu o unieszkodliwieniu coraz bardziej śmiałej wilczej gromady się kończyło. Dochodziło do tego, że psiska godzinami czatowały przy przydrożnych barach i zajazdach, strasząc swoim wyglądem turystów, a zwłaszcza małe dzieci, które próbowały się oddalać się nieco od rodziców, żeby pohasać sobie po leśnych ścieżkach i polanach.

Nieopodal Gospodarza kupił sobie działkę pewien człowiek na stanowisku. Dobrze mu się powodziło, o czym świadczyły rumieńce na twarzy, dwoje dorodnych dzieci, urodziwa i gospodarna żona. Na działce postawił sobie nieduży domek i szopę dla zwierząt domowych. Nakupował od ludzi kur, kaczek, gęsi, perliczek, a jego dumą był trzy kozy. Lubił je, trzymał za ogrodzeniem, a na noc zamykał w stajence razem z ptactwem. Dla swoich ulubienic, łaciatych kóz, zrywał najsmaczniejsza trawę, jaką znalazł poza ogrodzeniem, bo tam kozich głodomorów nie wypuszczał nigdy. 

Edmund Szymon Zaborowski to mężczyzna czterdziestoletni, który poza tym lubił drogie i efektowne samochody. Na początku wakacji zamienił po pięcioletniej ostrej, niektórzy mówią, że zarzynającej jeździe, swoje koreańskie auto z gazem, na srebrnego „Forda Focusa 1,8 Comfort” w wersji trzydrzwiowej. Z tej ostatniej cechy samochodu nie była zadowolona żona naszego szczęściarza. Wóz, mimo że nie był nowy w momencie zakupu, miał zaledwie półtora roku, a na elektronicznym liczniku widniał mały przebieg. Prezes, gdy zasiadał w swoim aucie, prężył dumnie swoje opalone ciało, włączał muzykę tak głośno, żeby głośniki mogły zademonstrować w pełni swoje walory techniczne. Jeśli naszego beniaminka rozpierała duma, to wiadomo, że jego wrogowie w miasteczku i okolicy zgrzytali zębami z zazdrości, a ich zawzięte miny nie wróżyły niczego dobrego. Chmury burzowe zbierały się nad głowami Edwarda Szymona. Pierwszą trasą „Foczki” była, oczywiście, droga do rancza nad strugą. Czy mógł przypuszczać, że jego losy być może skrzyżują się jak dwa samurajskie miecze z linią życia faceta, pchającego zdezelowanego „Oltcita”.  Nawet nie wiedział, że nazywa się on Zdzisław Warkołak, zwany przez kumpli Zdzichem Krwawym Kielichem, bo jego popijawy często kończyły się rozbijaniem butelek na swojej lub cudzej głowie. Nie lubił swojego sąsiada od samego początku. Zazdrościł mu wszystkiego: domu w mieście, pięknej działki na wsi, urodziwej i mądrej żony, dzieci, a ostatnio nowego „Forda”. Nie da się ukryć, że gdy zobaczył nową limuzynę Zaborowskiego, ogarnęła go piekielna zazdrość. Nikt do końca nie wiedział, skąd Zdzicho miał pieniądze na chlanie, na paliwo do starego: Oltcita” i na żarcie dla siebie oraz zwierząt. Różne plotki krążyły po okolicy, zwłaszcza po śmiertelnym wypadku, który spowodował, gdy wracał po pijanemu jeszcze swoim starym „Wartburgiem”. Uderzył czołowo małego „Fiata”, z dwojgiem młodych ludzi w środku pojazdu. Młoda dziewczyna zginęła na miejscu, a jej chłopak uszedł z życiem, ale czekał go wózek inwalidzki. Sprawa się trochę rozmyła, bo młody kierowca także nie był trzeźwy po dyskotece w okolicznej wiosce. Poza tym Zdzicho wezwał pomoc, po czym się ulotnił, zanim policjanci go zatrzymali i zbadali stan jego trzeźwości. Po numerach ustalili właściciela, ale nie mogli go znaleźć, bo zaszył się gdzieś w lasach, a później tłumaczył się, że był w szoku, a samochód mu ukradli sprzed gospody. W końcu zabrano mu prawo jazdy na trzy lata i nie wiadomo, dlaczego dość szybko mu je oddano.

Gdy Edward minął Zdzicha na polnej drodze, spojrzał na niego pogardliwe zza szyby luksusowego wnętrza swojego „Forda”. W odpowiedzi został obdarowany ostrym jak sztylet spojrzeniem właściciela Oltcita.

-          Dziadus jeden, jakimś fordzikiem szpanuje – zamamrotał pod nosem Zdzicho.

Edward przycisnął pedał gazu, by pokazać szybkość i moc samochodowego zrywu. Zdzicho kopnął swoją mechaniczna chabetę. Potem długo się nie widzieli.

Gdy Prezes dojechał do swojej działki, czekał go niemiły widok. Najmniejsza z jego ulubionych kóz leżała z przegryzionym gardłem niemal na środku ogrodzonego placu. Ciśnienie mu podskoczyło, żyły na skroniach nabrzmiały, zatrzymał się jak wryty, a po chwili prawie podbiegł do zagryzionego zwierzęcia.

-          Co ją zabiło?

Żona zabrała wstrząśniętą córkę do samochodu, syn patrzył z zaciekawieniem na ojca, który po namyśle, prawie szeptem, wydobył z siebie, stanowcze oskarżenie:

-          To są ślady psów. Trzeba je przyłapać.

-          Tato złapiemy je i damy im w kość za nasze krzywdy - odrzekł chłopak.

Psy włóczące się w pobliżu działki nie należały do zwyczajnych. Zagryziona koza, wypłoszone ptactwo - w stajence stało się coś strasznego. W powietrzu zawisła jakaś dziwna groźba. Drzwi stajni zostały uszkodzone w sposób zdumiewający, lecz ślady wskazywały na dzieło psów. Edward przykrył ofiarę napadu czarnym, workiem foliowym, prowizorycznie zabezpieczył drzwi stajenki i smutny powrócił do samochodu:

-          Odwiozę was i ją zakopię.

-          Sam lepiej nie jedź! – przestrzegała go żona.

-          Haneczko, dam sobie radę.

Gdy powrócił na działkę słońce już zachodziło za wysokie drzewa lasu, sprawnie naprawił drzwi stajenki, zalał dół wapnem, zakopał kozę. Potem obszedł teren wokół działki. Postanowił zaczaić się na szkodników. Ustawił „Forda” obok bramy w miejscu porośniętym wysokimi krzakami i szpalerem młodych brzózek. Do samochodu zabrał kuszę i kilkanaście strzał o specjalnym ostrzu. Nabył ją niedawno na targu od przejezdnych Ukraińców. Trzymał na ścianie jako ozdobę. Nie przypuszczał, że tak szybko wykorzysta ją jako broń myśliwską. Żeby skrócić sobie oczekiwania, przyglądał się uważnie swojej kuszy. Cieszył go każdy przedmiot wykonany solidnie, jakby w te sposób umacniał swoje zaufania do człowieka i jego świata. Pieszczotliwie dotykał płaskorzeźby na kolbie, przedstawiającej siedzącego rycerza i roślinne ornamenty. Wszystkie części drewniane wykonano z dębu. Kusza posiadała zamek oryginalnego projektu i nieliczne zdobienia wykonane w mosiądzu. Z dumą odczytał stylizowane litery E.S.Z., czyli swój monogram na kolbie. Ramie, wykonane z pióra resora, nie zostało połączone z okuciami spawem, lecz trzyma się dzięki sile nacisku. Okucie połączono łożyskiem pojedynczym i drewnianym klinem. Całość broni to bardzo solidna konstrukcja, która nie drga przy strzale, a daje się rozmontować w kilka sekund. Dreszcz emocji lekko wstrząsnął jego ciałem, gdy pomyślał, jak doskonałym narzędziem zemsty dysponuje.

Słońce zaszło, zapanowały zupełne ciemności, lecz po godzinie nad lasem pojawił się majestatyczny księżyc, który samotnemu mężczyźnie kojarzył się z nalaną gębą jakiegoś mafiosa albo z twarzą duce, wodza włoskich faszystów. Czekanie na spełnienie zemsty męczy spokojnych ludzi mocno, bywa źródłem wyniszczającego stresu. Edward Szymon nie lubił, jak coś w codziennym życiu nie biegnie według jego scenariusza. Umiał zorganizować sobie i rodzinie pieniądze. Jego działania zwykle przynosiły mu tyle forsy, że nie musiał snuć latami marzeń jak większość mężczyzn nieudaczników. Robił, co chciał i jak sobie zaplanował. Jedyną osobą, który hamowała niektóre jego działania to była żona, osoba uparta i konsekwentne w swoim wychowawczym oddziaływaniu na męża, ale to już zupełnie inna historia.

Jednak, gdy czatował na psy, zasnął w przytulnym wnętrzu auta. Męczył go dziwny sen: wielkie czarne jak same diabły psy patrzą na niego oczyma pełnymi nienawiści, jakiś stary samochód zapala się i płonie powoli w ciemnym, lesie, wielkie krwawe zębiska próbują dostać się do jego twarzy.... Wtedy się obudził. Na murawie działki w świetle ogromnego księżyca zobaczył kilka psich sylwetek. Przez chwilę sam nie wiedział, czy to nie był jeszcze sen. Odruchowo wyskoczył z samochodu. Pobiegł w kierunku napastników. Bestie wcale nie uciekały. Były różnej wielkość. Wielki pies ruszył w jego kierunku, a pozostałe tylko na chwilę przerwały szarpanie...

- No tak, to moja koza! – prawie wykrzyczał to zdanie.

Nagle zorientował się, że jest zupełnie bezbronny, bo kusza i strzały pozostały w samochodzie. Powoli cofał się, patrząc na ogromnego wilczura, który wolno podążał w jego kierunku. Doszedł do samochodu, otworzył drzwi i uchylił szybę. gdy sięgał prawą ręką po kuszę, na szybie zobaczył paszczę wilczura i jego płonące gniewem ślepia. Zdążył zasunąć szybę, bo właśnie nadbiegły pozostałe bestie. Włączył silnik i ruszył kawałek samochodem, ale psy nie zamierzały ustępować. Dwa z nich położyły się przed maską i cierpliwie patrzyły na kierowcę. Miał ochotę zepchnąć je z drogi, ale pomyślał, że uszkodzi sobie wóz. Włączył wszystkie światła i radio na cały głos. Przegazował silnik. Po kilku minutach psia banda powoli odchodziła z działki i zniknęła pomiędzy drzewami sosnowego lasu. Mężczyzna podjechał do swojego domku, włączył światła oświetlające plac wokół zabudowań i z przygotowaną do strzału kuszą zbliżył się do pobojowiska, bo tak można nazwać to, co zobaczył. Rozwalone ogrodzenie, a obok zagryzionej kozy jeszcze ciepłe ciała kilku królików, rozszarpane kury i perliczki. Spojrzał na zegarek. Kwadrans temu minęła północ. Prezes zaklął:

- Kurcze pieczone! Dlaczego nic nie słyszałem?

Znowu poczuł się jakoś dziwnie, jak poprzednio w tym miejscu, po krwawej jatce dokonanej, teraz już wiedział przez kogo. Poczuł się wściekle bezsilny. Jedyne, co mógł w tej sytuacji mógł zrobić, to posprzątać...

Rano powrócił na działkę. Postanowił odwiedzić pobliska leśniczówkę. Leśniczy poradził mu cierpliwie czekać, bo o zagrożeniu, jakie niesie ze sobą gromada zdziczałych psów, powiadomił myśliwych z Koła Łowieckiego „Bóbr”. Te obietnice Edwarda nie uspokoiły. Wiedział, że sprawa będzie nadal ciągnąc się jak guma do żucia w rękach rozpieszczonego przedszkolaka. Ktoś mu poradził, żeby dodać do spreparowanej karmy trutki na szczury, ale bez rozcieńczenia. Posłuchał tej rady i po kilku dniach postanowił zastosować tak drastyczną metodę.

Była godzina 24.00, gdy w domu miejscowego historyka, z którym Prezes zdążył się nieco zaprzyjaźnić, rozległ się uporczywy dzwonek przenośnego telefonu. Potem odezwała się „komórka’ położona na stole, w celu podładowania baterii. Zaspany nauczyciel podniósł słuchawkę:

-          Ratuj! - usłyszał znajmy głos.

-          Tak, jestem na działce. Przyjedź natychmiast! Błagam! – głos w słuchawce zabrzmiał tak przekonująco, że Miron Bielik wsiadł do swojego „Poloneza” i ruszył niezwłocznie w stronę lasu.

Gdy dotarł nad strugę, w świetle księżyca zobaczył przyjaciela pochylonego nad czymś i oglądającego to coś w słabym świetle latarki.

Przywitali się. Popatrzyli na siebie:

-          Popatrz! Najmniejszych z tych zbirów! Chyba otruty. 300 metrów dalej, ale już w lesie leży następny! Coś rozszarpało i pociągnęło moja trzecia kózkę. Czy psy mogły to zrobić? Przestraszyłem się, nie chce sam wchodzić do lasu. A może tymi bestiami posługuje się jakiś kłusownik, który ukradł moje zwierzę. Pójdziesz ze mną po śladach?

-          Dobrze, zaintrygowałeś mnie!

Wyruszyli w głąb lasu. Księżyc pojawiał się i znikał za wielkimi chmurzyskami. Byli uzbrojeni: nauczyciel trzymał w prawej dłoni nóż fiński, a jego towarzysz dzierżył gotową do strzału kuszę. Znaleźli większego kundla. Nie zaobserwowali żadnych oznak życia. Przeszli prawie kilometr, gdy natknęli się na wielkiego wilczura niemieckiego, a przy jego pysku zobaczyli pianę i resztki zwymiotowanego jadła. Tropiciele poczuli się nieswojo. Poszli dalej. Skończył się las sosnowy, weszli na teren lasu mieszanego. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Czuli zapach nieświeżego pokarmu i na poszyciu leśnym bez trudu w świetle latarek odnajdywali ślady uciekinierów z działki. Krzaki i drzewka przypominały sylwetki baśniowych strażników tajemnic lasu. Nie wiedzieli, jak długo szli, lecz w pewnej chwili zobaczyli leżącego na piasku przy strudze ogromnego rottweilera. W świetle latarki jego ślepia groźnie zabłysły, ale widać było gołym okiem, że czarne cielsko opuszczają siły. Gdy pies znieruchomiał na wilgotnym i zimnym piasku, postanowili iść dalej. Nie uszli daleko, gdy usłyszeli ni to ludzkie głoski, ni charkot oszalałego z bólu zwierzęcia. Podeszli bliżej. Na skraju leśnego bagna zobaczyli w świetle dwóch latarek jakieś dziwne stworzenie. Ni to wilka, ni człowieka. Nagle pojawił się księżyc. W jego poświacie ujrzeli jak ogromny łeb mocno wbija się w szyje koźlęcia. Gdy odrywał kły od swojej ofiary, z gardzieli wyrzucał jakąś krwistą substancję. 


Nagle podniósł się i ruszył w kierunku intruzów, którzy zakłócili jego żer. Gdy zbliżył się na odległość pięciu kroków, niespodziewanie odbił się od grząskiego gruntu i długim skokiem zwalił z nóg nauczyciela. Już zamierzał przegryźć zaatakowanemu gardło, gdy strzała z kuszy głęboko wbiła się w jego plecy. Sylwetka napastnika naprężyła się, potem odchyliła do tyłu, a wtedy druga strzała przebiła ku ramię. Zaskowyczał wściekle. Odwrócił się i ruszył w stronę strzelca, ale równocześnie odsłonił włochate, straszne, bo ani ludzkie, ani wilcze oblicze. Cienie nocy przeplecione bladym światłem księżyca czyniły z wilkołaka istotę wręcz nieziemsko straszną. Wydawało się, że zanim padnie, zada śmiertelny cios kusznikowi. Gdy zbliżył się na odległość dwóch kroków, trzecia strzała wbiła się w miejsce, gdzie powinno bić ludzkie serce. Jednak napastnik podskoczył i strzała ugodziła go w brzuch.. Zaryczał tak głośno, iż wydawało się, że słabsze drzewa runą, jakby powalone jesienną wichurą. Ku zaskoczeniu tropicieli bestia zaczęła uciekać w głąb bagiennego terenu porośniętego wysokimi trawami i gęstymi krzakami. Zostawił kózkę i szybko zmierzał w kierunku bagna. Poruszał się dziwnie: chwilami biegł chaotycznie jak szaleniec po hucznej zabawie, a czasami zadziwiał sprawnością ucieczki zwinnego basiora z podbiegunowego stada wilków. W świetle księżyca zobaczyli, jak dziwna kosmata sylwetka wilkołaka, a tak go nazwali, bo nagle poczuli się tak, jakby znaleźli się na planie filmowym, gdzie niewidzialne ekipa nakręca dziwny obraz grozy, znika w ciemnościach nocy i w leśnym mroku matecznika. Może to był tylko sen, jaki niekiedy męczy chłopa po przehulanej nocy w jakiejś dusznej gospodzie?

Prezes wziął na ręce ranną kózkę. Postanowili, jak najszybciej powrócić na działkę następnie do swoich samochodów i przytulnych mieszkań.

Niestety, kózki nie udało się uratować, mimo pomocy doświadczonego weterynarza, bo zbyt wiele utraciła krwi, a rany okazały się rozległe i głębokie. Gdy przez wiele dni opowiadali policjantom, pracownikom nadleśnictwa czy sąsiadom o tym, co się wydarzyło owej nocy, spotykali się z różnymi reakcjami.

-          Panowie, nadużyliście koniaku, brandy i innych szlachetnych trunków. Las przybiera wtedy różne kształty – podśmiewano się w barach i podczas spotkań rodzinnych przy ognisku.

-          A może poszukamy tego szalonego wilkołaka – deklarowano po kilku kieliszkach czy kilkunastu kuflach piwa.

 Jeszcze jedno: Policja poszukuje Zdzisława Warkołaka, zwanego Zdzichem Krwawym Kielichem. Jak dotychczas nie znaleziono ani jego, ani jego ciała?.. Ktokolwiek wie....


Kowal, 12 sierpnia 2004

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz