czwartek, 5 lutego 2015

Wierny pies znalazł pana (gawęda dziadka Franciszka Tetzlaffa ze Lnianka)

                   Niedaleko Gniewa leży nieopodal Wisły wieś Dąbrówka. Kiedyś na jej skraju była karczma, której budynek jeszcze stoi. Karczmę tę nazywano „Polną", bo przylegały do niej pola. Krzyżujące się drogi doprowadzały do karczmy klientów, nieraz bywało tam rojno i hucznie, na przykład, kiedy odbywały się dożynki czy tańce. Przez pewien czas karczma należała do człowieka, o którym ludzie mówili źle, szeptali to i owo, ale nikt konkretnie nie mógł mu nic zdrożnego zarzucić.
W tamtych czasach nie było w tych stronach ani pociągów, ani autobusów, ludzie wędrowali od wsi do wsi, od miasta do miasta piechotą, bogaci na koniach albo w karetach. Strony te przemierzał niejeden domokrążny kupiec ze skrzynką na ple­cach, a także niejeden rzeźnik z woreczkiem na pieniądze i z psem. Pewnego dnia taki właśnie rzeźnik zjawił się przed nocą u karczmarza. Poprosił o wieczerzę dla siebie, a także dla psa. Po wieczerzy dał się zaprowadzić na spanie. Psa kazał przy­wiązać na zewnątrz na sznurze, żeby się nie włóczył po wsi. Następnego dnia rano pies jakoś wyswobodził się ze sznura i wałęsając się po drodze od czasu do czasu wył. Karczmarz zdziwił się, w jaki sposób kundel wydostał się z uwięzi, zaczął go odganiać, rzucać w niego kamieniami, potem próbował czymś go do siebie przywabić, ale pies nie dawał się złapać. Za wiele z psem cudować nie mógł, bo kręcili się ludzie, zresztą musiał wracać do karczmy. Ludzie zorientowali się jednak, że z tym psem nie jest tak, jak być powinno. Poznali go - zawsze chodził ze swoim panem, kiedy ten odwiedzał gospodarzy ku­pując świnie.
- Gdzie rzeźnik? - zaczęli pytać. - Pies przy karczmie lata to tu, to tam, wyje, a jego pana nie ma. Gdzie może być?
Najpierw tak do siebie szeptali, a potem zaczęli gadać głośno, sąsiad do sąsiada.
W Ostrowitem był żandarm. Akurat tego dnia – wysoki, na szkapie, przy szabli, w pikelhaubie – jechał przez Dąbrówkę do Opalenia, gdzie właśnie budowano most na Wiśle. Był spo­strzegawczy, miał bystre oczy, dziwne zachowanie psa zwró­ciło jego uwagę. Zatrzymał się przy karczmie, żeby zapytać karczmarza, co słychać. Spytał też o psa i jego pana, bo pies był mu znany. Karczmarz się trochę speszył. Żandarm to widział i zaczął pytać dalej. Uspokojony wyjaśnieniami karczmarza już wskoczył na konia, by jechać swoją drogą, ale właśnie w tym momencie pies znowu zaczął przeraźliwie wyć i doskakiwać do płotu, jakby chciał się dostać do ogrodu. Akurat do płotu zbliżyli się chłopcy, którzy też psa znali. Jeden ź nich, odważniejszy od innych, podbiegł do żandarma i powiedział, że pies już od rana w tym miejscu skacze i wyje. Żandarm na powrót zsiadł z konia. Wszedł do karczmy i zmusił karczmarza, aby wpuścił psa do ogrodu. Karczmarz, chcąc nie chcąc, musiał to zrobić. Pies w ogrodzie skoczył na kupę chrustu świeżo narzu­coną przy szczycie budynku i zaczął ją rozdrapywać łapami. To już wszystkim podpadło.
- Co tam jest? - zapytał karczmarza żandarm.
- Tam jest dół, w którym wczoraj zakopałem zdechłe pro­sięta. Kundel pewno głodny, więc grzebie za mięsem – odpo­wiedział chytrze ten łobuz.
Pies dalej grzebał, a przy tym jakoś dziwnie, lękliwie spo­glądał na ludzi. Najbardziej na żandarma, jakby wiedział, że to właśnie on może mu pomóc.
Żandarm kazał odrzucić chrust. Karczmarz nie chciał tego zrobić. Skoczyło więc dwóch wyrostków i wkrótce chrust był odrzucony. Teraz zobaczyli niedawno kopaną ziemię,
- Tam są te „zdechłe chore prosiaki. Dajcie pokój, możecie się zarazić – powiedział karczmarz do młodych, którzy już brali się do odkopywania.
Jednakże żandarm kazał im kopać. Pies teraz zajadlej pomagał pazurami i pyskiem. Kiedy parę razy odrzucili łopatą ziemię, zahaczyli o odzienie trupa. Karczmarz wówczas w nogi. Młodzi za nim. Wnet go mieli. Zresztą żandarm ryknął:
- Stój, bo strzelę!
Pies tymczasem lizał skronie zabitego pana. Już nie wył, tylko skamlał. Siadł i skrzyżował łapy, patrząc na Judzi, jakby chciał pana bronić. Dopiero gdy przyjechała z Opalenia żona zabitego i go pogłaskała, wstał i ze spuszczonym ogonem po­szedł za wozem, na którym więziono zwłoki do wsi.




Karczma zaczęła przechodzić z rąk do rąk żaden z jej nabywców nie miał już licznej klienteli. Po latach nabył ją za tanie pieniądze Maciej Tramowski, wielki Polak i gorliwy katolik. Popierali go członkowie Towarzystwa Ludowego, którym da­wał salę na różne zebrania. Teraz karczma znowu wrzała ży­ciem, roiło się w niej od ludzi młodych i starszych. To się nie podobało Niemcom, a najbardziej karczmarzom z Kolonii Ostrowickiej. Właśnie w tym czasie rząd pruski zaczął nękać polskich kupców, więc do Tramowskiego coraz to zajeżdżał żandarm, aby węszyć za tym czy tamtym. Szukał polskich książek i pism, czepiał się paragrafów, dopatrywał jakichś nieporządków. Ale Tramowski się trzymał, żandarm nie mógł znaleźć niczego, co by dawało podstawę do zamknięcia kar­czmy. Odjeżdżał ze spuszczoną głową.
Aż kiedyś przypomniał sobie opowieść o tym wiernym psie. Zaczął wertować stare protokoły i, proszę, znalazł notatkę o dole wykopanym przy szczycie budynku. Zaraz wskoczył na szkapę i do Tramowskiego. Tu zanim wszedł do karczmy, naj­pierw obejrzał całą zagrodę, ogród, szczyt domu. Ucieszony tym, co dostrzegł przywołał do siebie karczmarza i poprosił go do ogrodu. Tam, rozkraczywszy nogi, wskazał ścianę szczyto­wą i wycisnął przez zęby:
- Wej! Rysa. Szczyt grozi zawaleniem. My, Niemcy, dbamy o ludzi, o waszych klientów także. Karczma musi być od jutra zamknięta.
Tramowski prosił, tłumaczył, że szczyt jest mocny, że tak jest od lat – maleńka ryska. Zalepi ją zaprawą murarską i nikt jej nawet nie dostrzeże. Nie ma mowy o jakimś niebezpieczeń­stwie. Jednak żandarm jakby tego nie słyszał. Wypisał nakaz za­mknięcia karczmy i koniec.
Niemieccy karczmarze zacierali ręce, a Tramowski czekał na inne, lepsze czasy.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz