czwartek, 11 lutego 2016

W mojej obronie (Pysi opowieść 3)



Pysia: Ja Pysia wam to mówię.  (opowieść 3) Moje życie dziś wisiało na kawałku kociej sierści, a ocaliły je ramiona Pana. Było to tak. Jeszcze daleko było do świtu, bo kogut w kurniku odezwał się tylko raz, a ja musiałam wyjść na podwórze za potrzebą.  Słyszałam, jak Pani ochrypniętym głosem powiedziała do Pana, żeby nie wstawał i mnie nie wypuszczał, bo dużo byłam w dzień na podwórku, ale on, kiedykolwiek poproszę szczekaniem lub szczypnięciem w stopę, zawsze podnosi się z kanapy, nakłada na siebie kilka warstw wełny i śmieszną czapkę, a na szyi wiąże długi kawałek brązowego jak kocie futerko materiału tak, że wystają spod niego tylko jego ciemne błyszczące jak węgielki w kotłowni albo gwiazdeczki na niebie oczy, w które ja lubię patrzeć, gdy się nade mną pochyla.
Otóż! Pan mnie wyprowadził, poczekał chwilę, było ciepło i cicho, mnie się nie chciało wrócić do pokoju. Poleżałam sobie przy studni, bo Borysa nie wyszedł. Pewnie sobie on leży na słomie w stodole – pomyślałam i zrobiło mi się tak jakoś miło i przyjemnie, że sama tam też poszłam i sobie odpoczywałam.
Potem było słuchać gruchanie Pocztusia i gdakanie kur i pianie koguta, ale z kurnika. Trochę się o Panią i Pana martwię, bo wstrząsa nimi taki bolesny kaszel. Pan chyba zasnął.  Pan śpi pomyślałam, ale Licho nie śpi.
Nie spało…

Pan poszedł do domu, a ja sobie odpoczywałam na pachnącej słomie. Było cicho i spokojnie. Po kilkunastu pianiach naszego koguta, usłyszałam, że Pan wyszedł z domu. Wypuścił kury na wybieg przed kurnikiem. Poszedł po węgiel do stodoły. Słyszałam, jak bawi się z Borysem, który łasił się do Pana i przynosił mu pękniętą, pomarańczową piłkę. Nagle usłyszałam, że Pan wpuścił Elziczkę. Ooo!
 To chyba niezbyt dobrze! – pomyślałam, ale wiedziałem, że jak Pan jest na podwórku, to jestem bezpieczna. Po chwili jednak usłyszałam, że na plac przed domem wybiegła ze swojego pomieszczenia, z tego, gdzie Pani rąbie dla nas kości, też Zoja. Czyżby Pan zapomniał, że ja tu jestem?
– No nie!!! Muszę jak najszybciej wybiec ze stodoły, bo będzie bardzo niedobrze. – jak pomyślałam, tak zrobiłam.
Gdy znalazłem się na płaskiej stercie żwiru, zobaczyłam Pana idącego w kierunku domu, ale Zoja i Elza z podniesionym ogonami zaczęły biec w moim kierunku. Przyczaiłem się i pokazałam moje wszystkie zęby, ale one ominęły mnie i chciały mnie zaatakować od tyłu.
- Już po mnie! – pomyślałam i na ślepo zaczęłam się odgryzać.
Nagle poczułam, że Pan mnie osłaniał swoimi ramiona, krzyczał na Elzę i Zoję.
Nie wolno! Zostawcie ją! Nie rusz!– usłyszałam i ujrzałam Borysa, który podbiegł, by Panu pomoc. Borys nikomu nie zrobił nigdy krzywdy, ale poza mną i Czarusiem, potrafi nasze stado pogonić i obszczekać.
Byłam tak przerażona, że ugryzłam niechcący Pana dwa razy w rękę. Nie chciałam, ale ugryzłam …
Pan przeniósł mnie do domu. Z palca lewej ręki płynęła taka sama czerwona ciecz, jak z mojej skóry, gdy mnie pogryzły psy w schronisku.
Pani zaopiekowała się Panem, a potem mnie dokładnie obejrzała. Okazało się, że nie mam, żadnej rany. Tyko Pan ucierpiał, ale mnie uratował. Tak to było!

2 komentarze:

  1. super, oby tak dalej

    OdpowiedzUsuń
  2. Super Panie Mirku!
    Piękny tekst :)

    OdpowiedzUsuń